13 czerwca 2018 | Msza święta wspólnotowa

13 czerwca 2018 | Msza święta wspólnotowa

O. Kryspin Maćczak przyjął święcenia prezbiteratu w sobotę 9 czerwca w bazylice franciszkanów w Katowicach Panewnikach. Święcenia kapłańskie to dzień wielkiej radości, a my cieszyliśmy się mogąc dzielić z o. Kryspinem tę radość ponieważ w środę 13 czerwca we wspomnienie św. Antoniego z Padwy sprawował on naszą wspólnotową Eucharystię i wygłosił Słowo Boże, a po Mszy św. każdemu z nas udzielił także błogosławieństwa prymicyjnego. Jesteśmy wdzięczni o. Kryspinowi za dar obecności, Mszy św. i błogosławieństwo. Jesteśmy wdzięczni Panu Bogu za obfitość Jego łask...
20 czerwca 2018 | Spotkanie dziękczynne

20 czerwca 2018 | Spotkanie dziękczynne

Powoli kończy się kolejny dobry rok naszej formacji we wspólnocie. Chcemy Panu Bogu podziękować za wszystko co za nami... I z nadzieją & radością patrzeć w przyszłość :) Na najbliższą środę 20 czerwca zaplanowaliśmy piękne i radosne SPOTKANIE DZIĘKCZYNNE. Będzie wspólna modlitwa w kaplicy, a potem... grill :) Zapraszamy i czekamy na Was w środę o godz. 19:00 w kaplicy św. Antoniego :) Do zobaczenia :)

Pan uczynił mi łaskę | Świadectwo

Pan uczynił mi łaskę | Świadectwo

Mam na imię Joanna. Jestem szczęśliwą mamą trójki wspaniałych dzieci i żoną mojego męża Piotra. Chciałabym się z Wami podzielić z moim świadectwem tego jak wielkie rzeczy uczynił mi Pan Bóg.

Moje drugie imię to Maria a trzecie Magdalena. Zarówno Maryja jak i Maria Magdalena są mi bardzo bliskie. Ich historie są mi bliskie.

Prawie 10 lat temu poznałam miłość mojego życia. Mojego męża. Zamieszkaliśmy razem bardzo szybko na ziemi Moabu. Nie byliśmy w stanie bez siebie żyć. I zdecydowaliśmy się żyć w grzechu, gdyż nie mogliśmy wziąć ślubu sakramentalnego. Myślę że wtedy nie miało to dla nas większego znaczenia, byliśmy bardzo zakochani, i liczyła się dla nas nasza własna przyjemność. Chodziliśmy oczywiście do kościoła co niedzielę czy uczestniczyliśmy w rekolekcjach i świętach kościelnych, ale sądząc po tym jak żyliśmy Pan Jezus nie był Królem i Panem naszego życia. Przeszłość Piotra i moja przedzierała się boleśnie do naszego codziennego życia. Rozstania i powroty, problemy to wszystko powodowało że z jednej strony nie byliśmy w stanie razem być, a z drugiej strony tak bardzo się kochaliśmy, że nie mogliśmy przestać się kochać. Zapragnęliśmy mieć nasze wspólne ukochane dziecko. I zaszłam w upragnioną i wyczekiwaną ciążę. Byliśmy razem bardzo szczęśliwi.

17 sierpnia 2011 roku urodziłam naszą córeczkę Madzię. Piękną i maleńką. Podobną do mnie. Ale Madzia nie była taka jak inne dzieci. Nie chciała jeść, wymiotowała i sprawiała wrażenie jakby każde choć delikatne muśnięcie palcem sprawiało jej ogromny ból. Czułam że coś jest nie tak. Na nasze żądanie by przewieziono ją do Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach karetka przetransportowała Madzię na patologię noworodka. Kazano nam ją tam zostawić i wyjść. Nie wiedzieli co jej jest. To była czwarta doba jej życia, a ja po cesarskim cięciu ledwo stawiałam każdy krok. Kazano nam przyjść następnego dnia rano. Kiedy przyszliśmy na oddział o godz. 7:00 rano, spojrzałam do łóżeczka w którym wcześniej była a jej tam nie było. Zrobiło mi się słabo. Lekarze powiadomili nas, że nasza córeczka została przeniesiona na OIOM, a w jej krwi wyhodowano pałeczki bakterii E coli, Madzia ma sepsę i jej stan jest bardzo ciężki. Nie rozumiałam tego co mówili, patrzyłam na Piotrka i myślałam o czym oni mówią? Przecież 4 dni temu ją urodziłam, jeszcze nawet nie widziałam jej całej nagusiej, jeszcze nie przytulałam jej do swojego nagiego ciała, jeszcze nie była w domu, jeszcze nie zna jej świat. Myślałam to jakaś pomyłka, jest XXI wiek, jest w najlepszym szpitalu, wyleczą ją z tego. Co dwie godziny woziliśmy mililitry mojego świeżego odciągniętego mleka. Spaliśmy na szpitalnych sofach i byliśmy sztywni ze strachu kiedy pozwalano na chwilę nam do niej wejść, bo nie umieliśmy nacieszyć się nią na zapas. Każdego dnia mówiono nam że stan dziecka jest bardzo zły. Prosiliśmy powiedzcie cokolwiek dobrego... cokolwiek, ale oni mówili "Nie ma nic takiego". "Dajcie na mszę" mówili. Każdy dzień kiedy tam jechaliśmy nie widzieliśmy co zastaniemy. Nie wiem jak funkcjonowaliśmy wtedy, czy i co jedliśmy, czy do siebie mówiliśmy. W domu był wtedy sam dziesięcioletni starszy syn.

Pewnego dnia pielęgniarka pozwoliła mi wziąć Madzię na ręce, ale nie umiałam tego zrobić, bo dziesiątki kabli, przewodów i rurek wisiały w powietrzu. Pamiętam, że to była środa i poczułam jej tak słodki ciężar na rękach, uśmiechnęła się i przestała oddychać, a głośna aparatura zaczęła wyć. Spojrzałam na lekarzy i mówię: Ale ona nie oddycha... Szybko wyproszono mnie z sali, wbiegł zespół reanimacyjny reanimujący całe 50 cm skutego schorowanego ciała mojego dziecka. Spojrzałam na zegar i była godz. 14:00. Stałam tam pod ścianą i mówiłam "Boże to nie może dziać się naprawdę, proszę nie zabieraj mi jej". Lekarze wyszli i powiedzieli, że od tej pory musi być wentylowana mechanicznie bo inaczej... zapomni, że ma oddychać.

Kolejny tydzień wpędzał nas w przepaść. 31 sierpnia 2011 o godz. 6:00 rano zadzwonił telefon że mamy przyjechać. Pojechaliśmy bez słowa. Wschodziło słońce, autobusy jeździły, ludzie szli do pracy, była rosa na trawie, kończyło się lato. Weszliśmy na OIOM. W osobnym boksie był lekarz, pielęgniarka i nasza myszka. Powiedziano nam że o godz. 4:00 nad ranem się zatrzymała, że była operowana, i że saturacja spada i żebyśmy się z nią pożegnali. Wzięłam ją na ręce, i kilka sekund czułam że serduszko jej bije i przestało. I moje wtedy też się zatrzymało. Godzina śmierci mojej córuni 7.:15. Nasza Madzia, owoc naszej miłości, żyła 14 dni. Nigdy nie była w domu, a czas kiedy nosiłam ją pod moim sercem to najszczęśliwszy czas w naszym życiu.

Kiedy Madzia była na OIOMie chodziliśmy do kościoła codziennie, ale ja nie byłam w stanie wypowiadać słów modlitw. Patrzyłam w obraz Jezu ufam Tobie, a na nim Jezus ani drgnął, tylko patrzył. Patrzył przez te 2 tygodnie i patrzy tak samo dziś. Kiedy widziałam jak bardzo cierpi moje dziecko powiedziałam wtedy w szpitalnej windzie do Piotrka jak tak ma cierpieć moje dziecko to wolę żeby Pan Bóg zabrał ją do siebie. On się wtedy oburzył i mówił jak możesz tak mówić jesteśmy rodzicami kto jak nie my ma wierzyć?? Znowu spojrzałam na Jezusa i powiedziałam, że bardzo jej chcę i potrzebuję, ale niech robi co chce.

1 września kiedy dzieci idą do szkoły, o godz 14:00 my i nasz syn pochowaliśmy Madzię w białej 80 cm trumience. I w zasadzie tutaj powinien nastąpić koniec tej opowieści. Nie byliśmy w stanie jeść, pić, spać, mówić, nie byłam w stanie znieść szmeru powietrza. Byłam jednym wielkim nigdy nie kończącym się fizycznym i psychicznym bólem. Takim że nie byłam w stanie oddychać. Miałam obolały brzuch i piersi pełne mleka. Dla niej. Cisza. To wszystko czego potrzebowaliśmy, i siebie. Jednak Pan Jezus nie zostawił nas z tym samych, ufam że płakał razem z nami tak samo jak zapłakał nad grobem Łazarza. Ufam że wiedział że jej odejście wpisane jest w doskonały plan na nasze życie. I kiedy byliśmy już na dnie dna, na naszej drodze pojawiła się grupa rodziców którzy wszyscy stracili tak małe dzieci w tym samym czasie. Jak dobrze było wspólnie płakać, jak dobrze było razem wtedy być. I mogłoby się wydawać, że i dla nas wzejdzie słońce, kiedy 4 miesiące po śmierci Madzi dowiedziałam się że jestem bardzo chora, i ta choroba, i ciężkie leczenie wyklucza ponowne staranie się o dziecko na kolejne lata. Nie potrafiłam się z tym zgodzić, chciałam już, natychmiast być w ciąży. Dwa miesiące po tych informacjach dowiedziałam się, że na te samą chorobę chory jest też starszy syn. Wizja wieloletniego leczenia, w Polsce eksperymentalnego, bardzo drogiego i ból który temu towarzyszył był wydawałoby się nie do udźwignięcia przeze mnie. Ale miałam przy sobie mojego anioła stróża, już wtedy cywilnego męża. Gdyby nie jego obecność, jego miłość, jego cierpliwość, poświęcenie nie wiem czy w ogóle tutaj była gdzie jestem. Od śmierci Madzi praktycznie cała najbliższa rodzina odsunęła się od nas. Byliśmy zbyt smutni, zbyt problematyczni. I zostaliśmy we trójkę z bardzo ciężką chorobą syna, moją, a Piotr w Warszawie. Ale i wtedy Pan Bóg nas nie opuścił, w najgorszych chwilach naszej drogi krzyżowej pojawiali się jacyś obcy ludzie, nie rodzina, ale obcy którzy nas wspierali, pomagali nie chcąc nic w zamian. W pracy Piotra szli mu na rękę, kiedy nie był w stanie pracować, bo ja bałam się zostać sama w domu. Pan Bóg tak wszystko organizował że starczało nam pieniędzy na leczenie. Dziś już wiem że nasza droga krzyżowa nie była całkowicie samotna, na jej drodze pojawiali się jacyś ludzie którzy dawali nam co jakiś czas wsparcie. Ufam że to wszystko: to cierpienie, choroba, strata i brak pomocy ze strony rodziny w tamtym ciężkim czasie było po coś. Leczenie nasze było bolesne i długie, bywały dni, że w ogóle nie miałam pojęcia jaki jest dzień i czekałam aż Piotrek wróci z Warszawy żeby zrobił nam jeść, bo nie byliśmy czasem w stanie zrobić tak prostych czynności. Bałam się ludzi, nie chciałam wychodzić z domu. Wtedy znajomy ksiądz powiedział mi, że muszę się dużo, dużo modlić. Za jego namową, kupiłam Pismo Święte i pierwszy raz w życiu zaczęłam czytać Nowy Testament. Pamiętam swoje pierwsze zafascynowanie nim. Pisałam wiadomości do tego księdza "Słuchaj, to jakaś niewiarygodna historia, ta Ewangelia jest niesamowita". Jeździliśmy na Tyskie Wieczory Uwielbienia i tam nie mogłam przestać płakać, prosiłam tylko "Boże, jeśli chcesz możesz mnie uzdrowić, proszę Cię, zechcij!" Któregoś razu po takim spotkaniu kiedy cały tłum napierał i było duszno, ciasno, ktoś z tyłu chwycił mnie za ramię. Obróciłam się i zobaczyłam nieznaną kobietę, patrzyła mi z taką radością w oczy i mówiła: nie martw się, ja też kiedyś przez to przechodziłam i to się skończy, będzie dobrze. Zanim zdążyłam otworzyć usta jej już nie było, jakby zniknęła i nie umiałam jej już znaleźć.

Po dwóch latach leczenia syna było już dobrze. Ja po 2,5 roku leczenia poczułam pewny wewnętrzny głos, że powinnam już zakończyć i moje leczenie. Że nie chcę już dłużej, że na tym koniec. Nie było dnia ani minuty żebym nie marzyła o tym by znowu móc starać się o dziecko. Naturalne planowanie rodziny opanowaliśmy w stopniu perfekcyjnym. Modliłam się "Panie, proszę Cię pozwól znowu mi być mamą, tak tego pragniemy, ale jeśli ty masz inne plany to daj mi siłę żebym to zaakceptowała, że nie będziemy mieć już dzieci". Dziś już wiem że: Przeto nie liczy się ani ten, który sadzi, ani ten, który podlewa, lecz tylko ten, który daje wzrost, czyli Bóg.

Pan nam pobłogosławił, wynagrodził nam wszystko i wynagradza. Ale ostrożność podpowiadała poczekaj, co ma być to będzie. Jednak nie wytrzymałam i zrobiłam test dzień przed planowanym okresem, wynik 2 różowe kreseczki. Pan sprawił, że stał się cud i tak szybko byłam w ciąży. Uklęknęłam pod naszym krzyżem w pokoju i ofiarowałam to maleństwo Panu Bogu. Powiedziałam "Panie Boże jeśli to ma być prawda, że rośnie we mnie nowe życie to ja ci je oddaję w całości. Jest twoje nie moje, do końca". Radość i szczęście wypełniło nas i nasz dom. Byliśmy tacy szczęśliwi. Na pierwszej wizycie u lekarza okazało się, że mam bardzo dużego krwiaka, który na badaniu USG był tak duży, że widziałam tylko jego, a nie dziecko. Prosiłam Pana Boga żeby ten krwiak zniknął, ale sama po ludzku nic nie mogłam zrobić. Zostawiłam to Panu. Leczenie podtrzymujące ciążę przez pół roku było skuteczne i krwiak się wchłonął. Wszystko sprawdzaliśmy dwa razy, żeby niczego nie przeoczyć, żadnego badania. Byliśmy bardzo czujni. Już w 11 tygodniu ciąży na badaniach prenatalnych w Łodzi u bardzo dobrego specjalisty lekarz zapytał nas czy chcemy znać płeć dziecka, nie myśleliśmy o tym, nie rozmawialiśmy, ale jakoś podskórnie byłam przekonana że to będzie dziewczynka taka druga Madzia. Zgodziliśmy się i powiedział: płeć męska. Był to dla mnie szok! Takie postawienie do pionu. Płakałam i płakałam i płakałam, bo już wtedy zrozumiałam, że Jej nie zobaczę w tym dziecku, że to koniec. I w tym płaczu i Piotrka przytuleniu tak jak małemu dziecku rodzic zabierze coś co mu szkodzi tak czułam się wtedy ja, było mi przykro, ale mówię "Boże, Ty wiesz co robisz, że to będzie słuszne, że będziemy mieć teraz chłopca".

27 stycznia 2015 roku o godz 15:50 urodził się nasz ślicznotek Leoś. Nowa jedyna w swoim rodzaju istota. Delikaty, mniejszy niż Madzia, piękny i zdecydowanie podobny do taty. Wtedy też byliśmy we trójkę, ja, Piotr i Filip straszy syn czekający pod blokiem operacyjnym na braciszka. Radość była wielka, choć był to dla mnie najtrudniejszy poród. I strach co nastąpi dalej. Wszyscy wiedzieli co przeszliśmy, byłam czujna. Kiedy Leoś ciągle spał mówiłam, że coś jest nie tak, nikt mi nie wierzył, mówili, że przesadzam. Wróciliśmy do domu, a ja nie widziałam jego oczu, jakby ciągle spał. Chodziliśmy na wizyty do szpitala a oni mówili, że dziecku nic nie jest, że panikuję jak zwykle. I kiedy wieczorem po pięciu dniach jego życia o godz. 23:30 spojrzałam na niego, ogarnęło mnie przerażenie i jakiś wewnętrzny zdecydowany głos powiedział mi zbadaj mu mocz. Mówię Piotrek musimy zbadać mocz, ale gdzie o północy? Znaleźliśmy laboratorium. Po 2 dniach wynik w moczu - bardzo liczne Klebsiella Pneumonia. Pojechaliśmy do szpitala, tam gdzie rodziłam, a oni powiedzieli, że to nic i że mamy iść do domu. Natychmiast pojechaliśmy jednak do Centrum Zdrowia Dziecka - szybkie przyjęcie na patologię noworodka i telefon o północy, że nie czekają na swoje wyniki badań, tylko w oparciu o naszą przeszłość z Madzią, bo lekarze nas znali, włączają dożylnie dwa bardzo silne antybiotyki. Kiedy zobaczyłam Leosia następnego dnia był tak słaby, że wróciły wszystkie wspomnienia jak żywe z OIOMu drzwi obok. Ale z Bożą pomocą z każdym dniem był w lepszym stanie, aż otworzył oczy i się w nich się utopiłam. Lekarze powiedzieli, że gdybyśmy poczekali i nie przyjechali Leoś miałby już sepsę tak jak Madzia a z Klebsielli się nie wychodzi z OIOMu. Ich wyniki badań potwierdziły nasze, jednak miano bakterii było już kolosalnie wyższe. Po dwóch tygodniach zabraliśmy naszego Skarba do domu. I jak tylko było to możliwe gdyż był osłabiony, ochrzciliśmy go.

Leoś jest pięknym pogodnym dzieckiem. Teraz ma 3,5 roku. Jest naszą iskierką, promykiem słońca. Razem ze starszym o 14 lat bratem stanowią niesamowity duet, bardzo się kochają i dają nam dużo radości.

Strata Madzi nauczyła nas ogromnej pokory do życia, wdzięczności za wszystko i obaliła mit, że coś nam się należy, że będzie trwać wiecznie. Nieprawda. Życie człowieka jest kruche i nic nam się nie należy.

Tak jak Maria Magdalena żyłam pogrążona w grzechach, tak jak Maryja patrzyłam jak umiera moje dziecko.

Czas kiedy straciliśmy córkę, moja choroba, choroba syna, ciąża z Leosiem - to ponad 4 lata, kiedy nie mogłam liczyć na rodzeństwo, rodziców czy teściów. Był we mnie tak wielki żal o to, że ich nie było w codzienności ,chorobie ani od święta. I kiedy Leoś miał już rok dotarło do mnie jak wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny bez żadnej najmniejszej mojej zasługi. Napisane jest przecież, że Bóg zgodnie ze swoją wolą, wysłucha każdej modlitwy, jeśli człowiek zwraca się do niego z wiarą i jest wolny od wszelkiej urazy w stosunku do swego bliźniego. Ja przez te cierpienia miałam wtedy tyle urazy, nieprzebaczenia, że mojej modlitwy o uzdrowienie nas i modlitwy o dziecko Bóg nie powinien wysłuchać. Jednak jest napisane w Księdze Izajasza: "Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”.

Pan nie zapomniał o mnie. Ulitował się nade mną, grzesznicą żyjącą na ziemi Moabu od lat, dotknął mnie, spojrzał na mnie, zatrzymał się przy mnie i wysłuchał moich błagań, pomimo wszystko. Okazał mi miłosierdzie za darmo.

Panie dziękuję Ci za łaskę nie obrażenia się na Ciebie, nie oskarżania Ciebie i nie pytania "Dlaczego??". Ty wiesz, że kiedy łapałam każdy oddech żeby żyć Ty byłeś pierwszą i jedyną deską ratunku. Nikt mnie pytał czy chcę, czy jestem gotowa ponieść ten krzyż, on spadł na mnie z zaskoczenia i przygniótł mnie do ziemi i nie wstałabym bez Ciebie. Panie Jezu dziękuję ci że nagrodziłeś mój ból straty mojej córeczki Madzi i obdarowałeś mnie cudownym Leosiem.

Panie Jezu dziękuję Ci za to jak wielkie dzieła czynisz w moim życiu. Dziękuję Ci za każdy dar który widzę i za każdą łaskę której nie widzę. Dziękuję Ci za to, że akceptujesz mnie taką jaką jestem, dziękuję Ci za moje dzieci za mojego męża, za życie.

Bądź uwielbiony Jezu,
Joanna

*Imię Joanna pochodzi od męskiego imienia Jan, którego sens oznacza „Pan uczynił mi łaskę”.


MSZA ŚW. WSPÓLNOTOWA - 13 czerwca 2018

MSZA ŚW. WSPÓLNOTOWA - 13 czerwca 2018

Już w najbliższą środę 13 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na MSZĘ ŚWIĘTĄ WSPÓLNOTOWĄ Z BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM PRYMICYJNYM O. KRYSPINA. O. Kryspin Maćczak przyjął święcenia prezbiteratu w ostatnią sobotę 9 czerwca w bazylice franciszkanów w Katowicach Panewnikach. Pamiętajmy o Nim w naszych modlitwach.
Za zdjęcia bardzo dziękujemy Agnieszka Krzyształowicz Fotografia.



Zaproszenie... Duchowe SPA dla kobiet

Zaproszenie... Duchowe SPA dla kobiet

Zapraszamy serdecznie wszystkie kobiety na niezwykłe spotkanie, którego temat Odważna i wolna - Duchowe SPA dla kobiet już zapowiada jak wiele będzie się działo. W programie spotkania konferencja Sonji Corbitt i konferencja psychologiczna połączona z warsztatami prowadzona przez Joannę Szymik-Kozaczkiewicz oraz modlitwa, Eucharystia, kawa i dobry obiad.

Kiedy? 23 czerwca 2018
Gdzie? Parafia św. Franciszka z Asyżu w Chorzowie
Zapisy: chorzow.wspolnota@gmail.com lub tel. 509 849 197


To będzie piękny Boży czas dla każdej z nas. Czekamy na Ciebie!

Sonja Corbitt jest znaną katolicką pisarką, charyzmatyczną mówczynią i prowadzącą programy telewizyjne oraz radiowe. Wydała kilka bardzo popularnych multimedialnych studiów biblijnych, jest autorką wielu książek. W Polsce ukazały się m.in. „Uwolniona. Jak przyjąć wszystko, co Duch Święty chce ci dać” oraz „Nieustraszona. Katolicki przewodnik po walce duchowej dla kobiet”. Wychowana jako baptystka, później wstąpiła do Kościoła katolickiego. Była dyrektorem ds. wychowania religijnego przy parafii św. Jana Vianneya w Gallatin, kierowała rozgłośnią Risen Radio. Jest członkiem Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego i felietonistką „Catholin Online”, współtworzy portal „Magnificat”. Głosząc w wielu miejscach na świecie, dzieli się swoim poruszającym świadectwem oraz miłością do Kościoła i Słowa Bożego. Mieszka w USA, w stanie Tennessee, wraz z mężem i dwoma synami.


Noc konfesjonałów

Noc konfesjonałów

Przygotowujesz się do Świąt? Nie zapomnij o najważniejszym...

W Wielką Środę - 28 marca - w ramach naszego cotygodniowego spotkania zapraszamy Was na WIECZÓR POKUTNY i ADORACJĘ NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU.

Od godz. 19:00 do godz. 22:00 będzie możliwość skorzystania z SAKRAMENTU POKUTY.

ZAPRASZAMY już w najbliższą środę do kaplicy św. Antoniego.

Świat stworzony darem od Boga

Świat stworzony darem od Boga

Już w najbliższą środę 21 marca w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny zapraszamy Was na kolejne spotkanie formacyjne. Temat... bardzo ważny - ŚWIAT STWORZONY DAREM OD BOGA czyli O RELACJACH DO RZECZY

I UWAGA! Zapewniamy opiekę dla dzieci w dwóch grupach wiekowych - młodszej i starszej, więc jeśli chcecie przyjść na spotkanie możecie zabrać Wasze pociechy, a my się nimi zajmiemy - prosimy tylko o informację, że dzieci będą (można przez wiadomość prywatną na FB lub e-mail zacheuszwchorzowie@gmail.com).

Rozpoczynamy jak zawsze o godz. 19 w kaplicy św. Antoniego.
Z A P R A S Z A M Y ! :)
 
 
Czuwanie z modlitwą o uzdrowienie

Czuwanie z modlitwą o uzdrowienie

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. Flp 4, 6-7

Już w najbliższą sobotę, 10 marca mamy niezwykłą możliwość skorzystania z obfitości Bożych łask podczas CZUWANIA Z MODLITWĄ O UZDROWIENIE. Sam Pan Jezus będzie czekał na każdego z nas z otwartymi ramionami. Koniecznie skorzystajmy z tego zaproszenia!

W planie naszego czuwania jak zawsze MSZA ŚWIĘTA, ADORACJA i MODLITWY WSTAWIENNICZE. Początek o godz. 19:30 w kościele lub kaplicy św. Antoniego (w zależności od temperatury :)


ZAPRASZAMY !

 

Copyright © 2014 Zacheusz Chorzów , Blogger