Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie

Przez wiele lat, właściwie przez całe życie, nosiłam w sercu negatywny obraz siebie, patrzyłam na siebie i w tym spojrzeniu nie było miłości, widziałam kogoś kogo nie lubię i nie akceptuję, kto mi się nie podoba i z kim jest mi źle. Kolekcjonowałam kompleksy. Przez porównywanie się z innymi zawsze czegoś gdzieś mi brakowało albo było nie takie jak chciałam, więc miałam żal do Pana Boga, że taką mnie stworzył. Niestety nie wyrastałam z tego problemu, a on z wiekiem narastał, jak każda nieleczona i niezdiagnozowana choroba, bo kolejne lata życia przynosiły nowe sytuacje, które roztrząsałam w pamięci i które udowadniały mi, że „dobrze” myślę myśląc o sobie źle. Nie znałam spojrzenia Boga, które jest pełne miłości, więc jak miałabym patrzeć na siebie Jego oczami?

W listopadzie 2014 roku przyjechałam do Chorzowa na kurs Nowe życie i to właśnie był czas doświadczania Bożej miłości, która przestała być dla mnie już tylko teorią znaną tylko z podręcznika do religii, ale coś w moim sercu drgnęło, kiedy słuchałam opowieści o tym jak bardzo Bóg mnie kocha. To było dla mnie takie „wow”, bo wcześniej nikt nie mówił mi w taki sposób o Bogu i Jego miłości do mnie, odbierałam to tak bardzo osobiście. Wtedy wyszłam z tego tłumu ludzi, w którym całe życie stałam i pierwszy raz w życiu poczułam, że jestem dla Boga ważna. W pamięci przewijał mi się obraz stworzenia człowieka z filmu "Ziemia Maryi" kiedy Bóg najpierw lepi, a później wyciąga to małe dziecko z wody, przytula, a potem woła z radością i dumą Popatrzcie to mój syn! Chodźcie go zobaczyć! I pomyślałam, że przecież jeśli Bóg każdego z nas kocha tak samo BARDZO to i tak samo BARDZO Bóg cieszył się kiedy i mnie lepił pod sercem mojej mamy.


Wróciłam do domu myśląc, że tak jak jest to jest już dobrze, jest radość w sercu, jest pokój, czego więcej trzeba? Mam już chyba wszystko czego szukałam? O i nawet tak potrafię popatrzeć na swoje odbicie w lustrze i widzę tam kogoś kogo kocha Bóg i potrafię się do siebie uśmiechnąć, no może tak jeszcze nieśmiało, ale da się. Chyba. Ale ponieważ oddałam wtedy życie Jezusowi, więc powinnam była wiedzieć że "będzie się działo" dalej i to dopiero początek. 



Minęło kilka miesięcy, a mi nie dawało spokoju takie poczucie, że wciąż COŚ jest nie tak jak powinno być, bo ja chyba nie potrafię kochać. To była myśl, której nie potrafiłam od siebie odpędzić. Ciągle czytałam i słuchałam o tym jaka to ważna jest miłość, która przecież ma być na pierwszym miejscu, a ja jakoś tego nie czuję i nie wiem dlaczego czuję się ciągle taka pusta w środku. 


Pytań z tym związanych miałam w głowie wiele i wtedy Bóg postawił na mojej drodze ojca, z którym mogłam szukać na nie odpowiedzi. Na początku tych naszych spotkań "błysnęłam" taką myślą, że ja to już potrafię w to lustro spojrzeć i powtórzyć słowa psalmu Dziękuję Ci że mnie stworzyłeś tak cudownie, bo naprawdę myślałam że potrafię, może tak bardzo cicho, ale coś słychać. Musiałam chyba jakoś tak niewiarygodnie wyglądać, bo on mi na to powiedział OK, to powiedz coś dobrego o sobie. A ja miałam pustkę w głowie i nie byłam w stanie nic powiedzieć. Szybko okazało się że ja... wciąż nie kocham siebie. To było dla mnie zaskoczenie roku. Dlatego wciąż ta pustka, żal, poczucie że nie potrafię kochać. Bo jak mam dawać miłość innym jeśli nie mam jej w sobie? 

Mogłam dalej udawać że wszystko jest dobrze, ale wolałam przyjąć tę prawdę o mnie, bo wiedziałam, że jeśli to się nie zmieni to nigdy nie pójdę dalej w żadnej dziedzinie. Więc mniej więcej rok temu zaczęła się taka praca od podstaw i walka o to, żebym umiała popatrzeć na siebie z miłością. I w czasie tego roku wiele się działo, trudno oczywiście teraz mówić o wszystkich szczegółach tej Bożej terapii, ale warto było zaufać, warto było dać się poprowadzić, bo terapia była jak najbardziej kompleksowa, indywidualnie dopasowana, głęboka i bardzo skuteczna.


Ale w czasie tych długich dla mnie miesięcy były też takie chwile kiedy mówiłam, że chyba nigdy już z tego nie wyjdę, nie przestanę źle o sobie myśleć, nie dam rady. Ale za każdym razem Bóg podnosił mnie z takiego myślenia, naprawdę to czułam, i szliśmy dalej, w takich chwilach jeszcze mocniej prosiłam Go aby nauczył mnie patrzeć na siebie Jego oczami. Z każdym naszym wspólnym krokiem wzrastało we mnie poczucie, że jestem Jego ukochanym dzieckiem, więc zaczęłam rozumieć jak bardzo Go te moje słowa i myśli ranią.


W końcu nadszedł taki jeden konkretny dzień, po jednej ze spowiedzi, kiedy Bóg z mojej przeszłości zabrał słowa i sytuacje, które były powodem tego, że wciąż nie potrafiłam myśleć dobrze o sobie.  I tak jak wtedy mówiłam, że ciągnę za sobą taką kulę u nogi, to On ją po prostu zabrał. Wtedy przestałam patrzeć za siebie i to co było kiedyś, a miało wciąż wpływ na to moje "teraz" przestało się mnie trzymać i nie miało już dla mnie znaczenia. Zobaczyłam, że wszystko to co myślałam kiedyś o sobie to były kłamstwa. 


I co było dla mnie dużą nowością zaczęło mi być dobrze mi ze sobą i bardzo się tym cieszę. A to wszystko co we mnie nie jest idealne już mnie nie przytłacza tak jak kiedyś, tylko motywuje, bo teraz chcę się zmieniać i wiem dla kogo chcę to robić i wiem z kim to wszystko jest możliwe. 


I tak jak kiedyś były takie słowa i myśli które były moją codziennością, teraz ich już nie ma. Zdarzają się sytuacje takie które kiedyś wiem, że by mnie zraniły, teraz już nie ranią, były decyzje i plany w moim życiu takie, których nie podejmowałam i nie realizowałam, bo bałam się porażki. Uważałam, że to co ja chcę robić inni już robią i na pewno robią to lepiej, więc ja nie będę próbować... Teraz powoli do tego wracam i zaczęłam robić to o czym od dawna marzyłam.


Były sprawy w moim życiu takie, które Bóg rozwiązał w sekundę, to trwało dłużej, ale wiem, że tak miało być, że miałam o siebie powalczyć. Mówi się, że jak się o kogoś bardziej powalczy to się go bardziej kocha. Dziękuję Bogu, że doprowadził mnie do tego momentu, w którym jestem teraz, ale ufam, że pójdę jeszcze dalej, trzymam się tej obietnicy Jezusa z Ewangelii św. Jana Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Na końcu mówi się zawsze chwała Panu, ale ja chciałabym podziękować jeszcze mojemu najlepszemu Ojcu, już nie jako ten Kopciuszek, ale Jego ukochana Królewna DZIĘKUJĘ CI, ŻE MNIE STWORZYŁEŚ TAK CUDOWNIE. Niech Bóg będzie uwielbiony w całym moim życiu. Chwała Panu.


Magda
Copyright © 2014 Zacheusz Chorzów , Blogger