Rok z Julią i Laurą


Ta historia rozpoczęła się ponad dwa lata temu. Krótko przed Wigilią Bożego Narodzenia pojechaliśmy do klasztoru w Panewnikach odwiedzić naszego syna Archanioła. W czasie rozmowy zapytał czy nie chcielibyśmy przeżyć świąt z dwójką dzieci z domu dziecka Tęcza z Panewnik. Z rozmowy wynikało, że są tam dwie małe dziewczynki, które będą musiały spędzić święta w domu dziecka samotnie, ponieważ nikt z ich rodziny nie chciał ich zabrać. Zwykle dzieci z domu dziecka były zabierane do rodziny na czas świąt, a czasami na weekendy. Tym razem jednak nikt nie zgłosił się po dziewczynki. Byliśmy zaskoczeni tą propozycją, pojawiły się lęki i obawy, że sobie nie poradzimy. Po powrocie do domu mieliśmy wyrzuty sumienia, że nie wyraziliśmy zgody. Zapytaliśmy naszego duszpasterza Ojca Samuela co robić. Odpowiedział krótko, że jest zadanie, misja do spełnienia. Zapewnił o swojej modlitwie za nas i dziewczynki. Kiedy następnego dnia syn zadzwonił pytając o naszą decyzję z radością wyraziliśmy chęć wspólnego spędzenia świąt z dziećmi, które były nam zupełnie nieznane. Wieczorem pojechaliśmy do domu dziecka aby poznać dziewczynki.
Wychowawczynie przedstawiły nam dwie urocze dziewczynki, które były bardzo spragnione ciepła rodzinnego domu. Okazało się, że pochodzą z mocno patologicznej rodziny, gdzie rodzice zupełnie nie interesowali się ich potrzebami. Julia i Laura, czyli Julcia i Laurka, jak je potem nazywaliśmy były bardzo żywymi dziećmi i trudno nam było je okiełzać. Miały odpowiednio pięć i siedem lat i wciąż oczekiwały naszego zainteresowania. To było dla nas sporym wyzwaniem, ponieważ mamy już swoje lata, a one wymagały stałej czujności i uwagi. Musieliśmy też spełnić wszelkie wymagania formalne aby stać się dla nich tzw. rodziną zaprzyjaźnioną. Kiedy udało nam się to pozałatwiać mogliśmy wreszcie zaprosić dziewczynki na wspólne przeżywanie Świąt Bożego Narodzenia. 


Kiedy jechaliśmy pierwszy raz odebrać dziewczynki z domu dziecka byliśmy pełni obaw, czy damy sobie radę z tym zadaniem. Już w samochodzie uświadomiliśmy sobie, że łatwo nie będzie. Julcia i Laurka były niesamowicie ruchliwe i ciekawe naszego domu. Były też bardzo niecierpliwe. Ledwo co ruszyliśmy, a one już pytały czy długo jeszcze pojedziemy i gdzie jest nasz dom. Chyba tylko dzięki wspólnej modlitwie, którą zresztą dziewczynki odmawiały bardzo szybko, udało nam się okiełzać ich niecierpliwość. Okazało się, że obie są nieprawdopodobnie żywe i ciekawe świata. Wciąż pytały gdzie jest nasz dom, kto w nim mieszka, czy mamy pieska itp. W końcu szczęśliwie dotarliśmy do domu. Dziewczynki zostały bardzo ładnie ubrane i wyekwipowane przez ich opiekunkę, a na samym początku wręczyły nam kartki świąteczne z przesłaniem które brzmiało „Jezus liczy na twoją cierpliwość”. Jak się później okazało były to słowa prorocze.

Dziewczynkom bardzo spodobał się nasze mieszkanie i od razu poczuły się w nim jak u siebie w domu. Bardzo szybko zadomowiły się i rozpoczął się czas zabawy. Były bardzo radosne ale wymagały stałej opieki i uwagi. Wciąż zaczynały nowe zabawy i szybko się nudziły. Uwielbiały wszelkie kosmetyki naszych pań i wymyślały dla nich ciągle nowe bardzo oryginalne fryzury. Oczywiście dostały także prezenty świąteczne od Dzieciątka. 


Pierwszego dnia poszliśmy z dziewczynkami na Mszę św. do naszego kościoła. I tam dopiero zaczęła się jazda. Obie nieustannie chciały być trzymane na rękach, a jak się już udało im to wyperswadować, natychmiast wymyślały sobie nowe zajęcia. Prawdziwym wyzwaniem było zajęcie miejsca w konfesjonale przez Julcię, która za żadne skarby świata nie chciała go opuścić. Po przejściu z kaplicy do kościoła w czasie komunikowania „przykleiły się” do Ojca Samuela skutecznie uniemożliwiając rozdawanie Komunii. Już po Mszy św. czuliśmy się wyczerpani. Po powrocie do domu zjedliśmy świąteczny obiad, po którym nastąpiły kolejne gry i zabawy. Razem z córką Justyną staraliśmy się zaspokajać wszystkie ich pragnienia i oczekiwania, ale łatwo nie było. Cale szczęście, że wsparły nas w tym osoby z naszej wspólnoty, które nawiedziły nasz dom, szczególnie Monika, której włosy wciąż na nowo były rozczesywane i czochrane przez Laurę. Pozwoliło to opanować sytuację i nieco uporządkować mieszkanie. Potem było wspólne śpiewanie kolęd, oglądanie bajek i kolejne zabawy. Tak upłynął nam czas do wieczora. Najtrudniejszy okazał się jednak powrót do domu dziecka. Dziewczynki bardzo nie chciały tam wracać ale taki mieliśmy obowiązek. Tylko dzięki pomysłowości Janeczki - genialny pomysł z dropsikami i zapewnieniom, że jutro znów je zabierzemy udało się opanować szlochanie. Choć muszę przyznać jakiś dawno nie odczuwany żal ściskał za gardło. Przed nami i dziewczynkami był jednak jeszcze drugi dzień świąt, który przebiegł podobnie.

I chociaż nasza znajomość z dziewczynkami miała trwać tylko w okresie świątecznym, to z chwilą otrzymania propozycji kontynuowania spotkań w wolne weekendy nie wahaliśmy się ani sekundy. Odebraliśmy to chyba jako dar Bożej Łaski, dzięki któremu mogliśmy podzielić się miłością z najbardziej potrzebującymi i jednocześnie tak bardzo jej pozbawionymi dziećmi. Zarówno my jak i dziewczynki odczuwaliśmy pragnienie tych spotkań. Ta znajomość trwała przez cały kolejny rok. Mogliśmy w tym czasie obserwować jak zmieniały się Julcia i Laurka. To było niesamowite, widzieć jak rosły i rozwijały się. Np. Laurka straciła mleczne ząbki i wyrosły jej nowe. Stały się bardziej otwarte i radosne. Rozpoczęły też naukę. Z czasem udało nam się wypracować najlepsze sposoby wspólnego spędzania czasu. Zabieraliśmy dziewczynki na dłuższe spacery i do parku, uwielbiały zabawy na placu zabaw czy w basenie z piłeczkami.

Przeżyliśmy także razem z dziewczynkami Święta Wielkanocne. Mogły też uczestniczyć, razem z innymi dziećmi Wspólnoty Zacheusz w Balu Wszystkich Świętych zorganizowanym przez diakonię dziecięcą naszej wspólnoty. W tym czasie wciąż modliliśmy się o znalezienie dobrej rodziny, która mogłaby stać się dla dziewczynek rodziną zastępczą. Aby miały do kogo zwracać się mamo, tato, co było ich największym pragnieniem i by ktoś otoczył ich stałą troską i opieką. Czas działał tu jednak na niekorzyść, ponieważ im dzieci starsze, tym mniejsze szanse na znalezienie rodziny zastępczej. Nam niestety wcześniej wyjaśniono w ośrodku, że względu na wiek nie możemy stać się dla nich rodzicami. A Pan Bóg zadziałał jak zwykle w sposób dla nas zupełnie niespodziewany. Otóż każdorazowo przed zabieraniem dziewczynek z domu dziecka dzwoniliśmy uprzedzając o takim zamiarze. I przed ubiegłorocznymi Świętami Bożego Narodzenia dowiedzieliśmy się, że znalazła się już dla nich rodzina zastępcza, z którą dziewczynki je spędzą.

Najpierw był smutek, ponieważ zrozumieliśmy, że czas naszych spotkań dobiega końca. A potem mimo wszystko radość, że nasze modlitwy zostały wysłuchane i Bóg dał im nową rodzinę, w której odnajdą bezpieczną przystań. Umówiliśmy się na jeszcze na spotkanie w Wigilię rano ale już w ośrodku, które miało być naszym ostatnim (jak nam się wydawało). Dla dobra dziewczynek postanowiliśmy usunąć się aby nie powodować w nich rozdarcia. Wydaje nam się, że Pan postawił je na naszej drodze, aby przygotować je na wejście do nowej rodziny. Aby poznały trochę rodzinnego ciepła, którego wcześniej były pozbawione, nauczyły się prawidłowych relacji w rodzinie. Ale one również wniosły wiele dobra w nasze życie. Czas, który ofiarowaliśmy Julci i Laurce pozwolił nam przypomnieć sobie dni, kiedy sami wychowywaliśmy nasze małe dzieci. Ile radości mimo wielu starań i trudności sprawiała nam opieka nad nimi. I tylko ten żal z powodu rozstania nie pozwolił nam cieszyć się do końca, tak na maksa.

Ale jakiś czas po naszym rozstaniu zadzwonił Archanioł i zapytał, czy może wpaść na chwilę do domu z ciekawymi gośćmi. Okazało się, że to nowi rodzice dziewczynek, którzy przyjechali do Panewnik załatwić jeszcze jakieś formalności. Pozwolili nam zaprosić się na kawę i przez krótką chwilę porozmawiać o Julci i Laurce. Wymieniliśmy się zdjęciami dziewczynek. Dowiedzieliśmy się, że trafiły do dobrej, pokoleniowej rodziny, a ich nowi rodzice zapewnią im poczucie bezpieczeństwa. Od wielu lat starali się o dzieci i w końcu Bóg pobłogosławił ich marzeniom. Dziewczynki mieszkają w domu, gdzie każda ma swój pokój, a do szkoły odprowadza je babcia. Mają też kotka i pieska. Rodzice zabierają je na konne przejażdżki. Pan obdarzył je obficie miłosierdziem. Ale i nam okazał wiele łaski. Powiedział jakby „Janino, Andrzeju, jest jeszcze dla was miejsce w tej historii. To jeszcze nie koniec. Spotkacie kiedyś Julię i Laurę”. Nie wiemy kiedy i gdzie to nastąpi. Pan wskaże miejsce i czas. Może za kilka lat, kiedy dziewczynki dorosną. Nasz Pan jest Bogiem miłosiernym i z pewnością o nas nie zapomni.

Kończąc chcieliśmy podziękować Bogu za czas, który mogliśmy spędzać razem z dziewczynkami. Chcemy również podziękować wszystkim, którzy wspierali nas w tych spotkaniach, szczególnie naszej córce Justynie, Ojcu Samuelowi i Moniczce za poświęcony czas i pomoc. No i oczywiście Ojcu (synowi? :)) Archaniołowi, który to wszystko zainicjował.

Andrzej
Copyright © 2014 Zacheusz Chorzów , Blogger